wyświetlenia
W materiałach, które zaczęły krążyć po sieci, Alexandra przekonywała, że osoby piszące obraźliwe komentarze wcale nie są anonimowe, nawet jeśli korzystają z pustych kont bez zdjęć i obserwujących. Tłumaczyła też, że po zgłoszeniu sprawy możliwe jest dojście do danych takich osób, dlatego - jak sugerowała - wiele osób błędnie zakłada, że internet daje im pełną bezkarność. To właśnie ten przekaz najmocniej wybił się w całej historii.
"„Zawsze bardzo bawi mnie fakt, że osoby hejtujące robią to z kont, które nie mają żadnych zdjęć, nie mają obserwujących, nazwa jest typu, wiecie, jakby uderzyć w klawiaturę i myślą, że to sprawia, że są anonimowi. A w momencie, kiedy zgłaszacie sprawę na policję i pokazujecie screeny, wydruki z konkretnych komentarzy, to Instagram ma obowiązek udostępnić wasze IP, imię i nazwisko, nawet adres i numer telefonu czy e‑mail, na jaki się rejestrowaliście, i bardzo łatwo jest was namierzyć, więc nie jesteście anonimowi, więc nie musicie tego pisać z takich pustych kont.”"
Dodatkowe emocje wzbudził wątek pieniędzy. Z opisu sprawy wynika, że influencerka liczy również na możliwość dochodzenia odszkodowania od osób, które miały ją atakować w sieci. Właśnie dlatego temat przestał wyglądać jak zwykła internetowa przepychanka, a zaczął być odbierany jako zapowiedź realnej walki z komentującymi.
W komentarzach od razu pojawiły się dwa obozy. Jedni twierdzą, że jeśli w grę wchodzą groźby albo poważniejsze formy nękania, to zgłoszenie sprawy jest całkowicie uzasadnione. Drudzy zwracają uwagę, że podobne postępowania potrafią ciągnąć się długo, a ich finał bywa bardzo różny. Jedno jest pewne - sama zapowiedź działania wystarczyła, żeby temat mocno rozgrzał internet.
Źródło ig, tiktok /olciaberg
Rozmowy na Facebooku