wyświetlenia
Akcja, która poruszyła Polskę
Wszystko zaczęło się od utworu "Ciągle tutaj jestem (diss na raka)" nagranego przez Bedoesa wspólnie z Mają - 11-letnią dziewczynką chorą na białaczkę szpikową. Cały zarobek z piosenki trafia na cele charytatywne. Zainspirowany tym Łatwogang zorganizował wielodniowy stream na YouTube, podczas którego zbierane są środki dla Fundacji Cancer Fighters wspierającej dzieci walczące z nowotworami.
Stream okazał się zjawiskiem na skalę dotąd niespotykaną w polskim internecie. Na transmisji pojawiają się twórcy, raperzy i celebryci - zarówno ze świata internetu, jak i kompletnie spoza niego. Podczas jednego z ostatnich dni na streamie gościła Doda, która na żywo dzwoniła do Magdy Gessler, Roberta Makłowicza i Zenka Martyniuka. Dzięki zaangażowaniu kolejnych gości i tysięcy widzów udało się przebić barierę 5 milionów złotych zebranych dla chorych dzieci.
Pasibus psuje klimat
Na tym tle tym bardziej wyróżniło się zachowanie sieci burgerowni Pasibus. W akcję angażuje się wiele firm - często bez żadnego rozgłosu i bez stawiania jakichkolwiek warunków. Pasibus postanowił jednak inaczej. Firma zadeklarowała wpłatę 60 tysięcy złotych, ale uzależniła ją od jednego warunku - Doda musiałaby wcześniej zagrać koncert na ich festiwalu.
Reakcja była natychmiastowa. Doda i Łatwogang wyrazili zdziwienie wprost na streamie - i trudno im się dziwić. Cała idea akcji opiera się na bezinteresownym wsparciu, a propozycja Pasibusa ewidentnie temu przeczyła. Darowiznę zamieniono w transakcję marketingową, a tłem miały być dzieci chore na raka.
Konta społecznościowe Pasibusa zostały błyskawicznie zalane negatywnymi komentarzami. Internauci nie zostawili suchej nitki ani na samej firmie, ani na poszczególnych lokalizacjach.
Przeprosiny, które dolały oliwy do ognia
Pasibus dość szybko zorientował się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Firma zabrała głos - pojawiły się przeprosiny oraz... wpłata. Ale nie 60 tysięcy, które pierwotnie obiecywano. Zaledwie 10 tysięcy złotych.
Widać było gołym okiem, że komunikat pisany był w pośpiechu i emocjach, jako próba gaszenia pożaru. Efekt był jednak odwrotny od zamierzonego. Internauci natychmiast wytknęli dysproporcję - firma najpierw gotowa była wydać 60 tysięcy, ale tylko jako inwestycję w swój festiwal. Kiedy przyszło do prawdziwej darowizny - zapłaciła sześć razy mniej. Dla większości obserwujących tę sytuację był to dowód, że intencje od początku były czysto biznesowe.
Komentarze były jednak mocno krytyczne
Lekcja, której Pasibus nie zapomni
Ta historia doskonale pokazuje, że przy akcjach charytatywnych o takiej skali i ładunku emocjonalnym nie ma miejsca na kalkulacje wizerunkowe. Tysiące ludzi wpłacało złotówkę, dwie, dziesięć - bez żadnych warunków i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Na tym tle każda próba "ugrania" czegoś dla siebie jest widoczna jak na dłoni - i kończy się dokładnie tak, jak w tym przypadku.
Źródło i foto yt
Rozmowy na Facebooku